2006-10-08 14:28:14 >> E135 : Z pod samiuśkich Tater do Krakowa endurodystans: 135km efektywny czas jazdy: 10h przewyższenie: 2560m dystans mtb: 60km pasma: Magura Spiska (Gliczarów 1002m npm), Gorce (Turbacz 1310m), Beskid Wyspowy (Lubon 1022m, Szczebel 976m) bike: azone 17.8kg (zawieszenie pogo system) ![]() Asfaltem 104km do Krakowa, przez góry trochę więcej Syćko zacyno sie w Zakopanem, 5.30 rano, ciemno, puste Krupówki, pełnia księżyca. Zakopane zaspane, ja też, tym bardziej, że zaliczyłem tylko 2h snu. Śpiące ZakoPoczątek do Poronina traktuje rozgrzewkowo (dosłownie), po drodze termometr wskazuje 0.8C, wrzucam na siebie wszystko co mam. Z Poronina czerwony szlak wspina się na Gliczarów, zbliża się powoli wschód słońca, tatrzańskie dwutysięczniki zaczynają mienić się odcieniami różu, czerwieni, złota. Aparat zawodzi. Docieram na Wysoki Wierch, robi się w końcu ciepło 7C, niesamowita poświata światła rozpryskuje się po halach. Łowiecki się pasą, górale w bacówkach szykują oscypki, przyjemny zapach ognisk snuje się po grani. Przyjemnie się w tym klimacie napiera. Pod Wysokim Wierchem, PK28 z tegorocznego NFATWysoki Wierch... Na śniadanie dwie buły i widok na setkę tatrzańskich szczytów przy wschodzącym jesiennym słońcu. Na północy ciągnie się pasmo Gorców, z następnym celem Turbaczem, w kotlinach unoszą się gęste mgły. Zjazd po zmrożonych łąkach do Kobylarzowej mimo, że banalny, przyjemny, niestety na dole zatapiam się w surrealistycznycvh mgłach, termometr pokazuje 3C, za chwilę już -1C. Szron na okluarach. Amplituda 8C (+7C/-1C) w przeciągu chwili zjazdu. Pora jesiennych inwersji temp.Zamiast jazdy terenem decyduję się skrócić pobyt w lodówce i cisnę asfaltem 5km do Łopusznej, bez przerwyników zaczynam wspinkę niebieskim szlakiem na Turbacz. Po kilku minutach wznoszę się ponad mgły i temperatura podskakuje do +10C (nawet jak na jesienne inwersje to niemała amplituda), słońce zalewa gorczańskie hale. Podjazd niebieskim szlakiem na wierzchołek przy takiej scenerii mija kompletnie niepostrzeżenie, Gorce są puściutkie, zero ludzkiej stopy. Znów ponad mgłamiTakie klimaty w tym paśmie to niestety rzadkość, zadeptujące szlaki tabuny piwersów, setki porozbijanych szkieł na szlakach to piep**** standard. Jeśli gdzieś jeszcze jest prawdziwa klima Gorców to już tylko z dala od schronisk, miasteczek, we wschodniej części pasma. Pod schroniskiem 5minut na przepak. W dół do Rabki tnę czerwonym szlakiem przez Maciejową. Jak na zjazd sporo płaskich odcinków, trzy-cztery krótkie uphille, ale w zamian momenty totalnego pieca, loty na naturalnych progach przy 45km/h, spływ korzeniami, niespodziewane singielkowe pasaże, poetyka zjazdowa. Na szczęście szlak wysuszony na pieprz, więc zero problemów ze sławnymi na tym odcinku kałużami i błotem. Mijam kilku bikerów zasuwających na szczyt. W Rabce w końcu dłuższa przerwa na doładowanie akumulatorów, gorący pies, fryty, zapas wody i powoli ruszam pod początek zielonego szlaku na Luboń. Na razie czas bardzo dobry, dotarcie z Zakopca do Rabki, z czego większość terenem, zabrało 4h42 (dyst. 66km). Ale czas nie jest ważny, ważniejsze jest nie przepalić mięśni.. Uzębienie Tatr...Jazdę na Luboń zaczynam z tzw. animuszem, podjazdy wchodzą lekko i w pewnym momencie koniec pary. Pstryk, nie ma. Końcowkę pod szczytem zaliczam na zgonie. Wrzut glukozy, czerwony byk na dopałkę i zjazd na Glisne technicznym czerwonym szlakiem robią swoje, czuje się żwawiej. Luboń-Glisne to klasyk Beskidu Wyspowego, szkoda, że jest tak krótki. Z przełęczy pozostaje godzina na Szczebel. Tatry majaczą daleko na horyzoncie jakbym tam był wczoraj. Moc mi klęka. Mijam dwa spychacze (!) zjeżdżające w dół, podjazd odcinkami, które do tej pory były przejezdne jest nierealny, szlak zryty. Na Szczeblu w końcu robię przerwę, szacunkowe obliczenia nie dają szans na wjechanie na Kudłacze, zresztą nie mam już nawet ochoty, tym bardziej, że stąd mam jeszcze 60km do Kraka. Może za rok w lecie przy dłuższym dniu.. Z Lubnia przebijam się na drugą stronę Raby, pustą drogą docieram do Myślenic, stąd już przy zapadającym zmroku pozostaje 30km pofałdowanej trasy do Kraka. W Świątnikach czuje jak przysypiam nad kierą, wydaje mi się, że każdy ruch trwa kilk minut, zsiadanie z bike, wsiadanie. Brak glukozy, ale meta już miga w dole światłami domów. skomentuj (5) |
|
|||||||